You are currently viewing Dlaczego tak trudno być rodzicem, jakim chcieliśmy być?

Dlaczego tak trudno być rodzicem, jakim chcieliśmy być?

Katarzyna Kalinowska

Katarzyna Kalinowska, psycholożka, certyfikowana trenerka FamilyLab Polska, nauczycielka Montessori, propagatorka rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy.

Rozmowa z 7 marca 2020 r.. Rozmawiała: Patrycja Juszkat, psycholog, psychotraumatolog

Patrycja Juszkat: „Miałam taką wizję, że nigdy nie będę jak moja matka. Nie będę krzyczeć na swoje dzieci, nie będę kłócić się z partnerem. A już na pewno nie przy dzieciach. Będę ciepła, kochająca, dostępna emocjonalnie. Tymczasem coraz częściej czuję, że zawodzę na całej linii. Nie umiem reagować łagodnie, czuję coraz większą samotność i pustkę w relacji z mężem, regularnie podnoszę głos na dzieci. Dlaczego to wszystko takie trudne?” – pytają często kobiety.

Katarzyna KalinowskaKatarzyna Kalinowska

Kiedyś usłyszałam takie słowa, że cała sztuka czerpania radości z rodzicielstwa polega na tym, by zaakceptować to życie, które się ma tu i teraz. Z tymi dziećmi i z tym mężem, zamiast żyć idealną wizją, którą stworzyliśmy w swojej głowie. I to zdanie w zależności od tego jak je potraktujemy, może być dla nas uwalniające lub nas po prostu wkurzyć i okopać jeszcze bardziej w naszym żalu i oczekiwaniach. Mnie na początku wkurzyło:) I to porządnie, dopóki nie doświadczyłam na sobie różnicy jaką robi w moim podejściu do siebie, ludzi, świata, uznanie, że to mój wybór i moja odpowiedzialność jakim życiem chcę żyć i jaką rolę chcę w nim odgrywać.

Uczciwie przyznałam przed sobą, że narzekanie, szukanie winnego, krytykowanie, zazdroszczenie innym bardziej zielonej trawy w ich ogródku, nakręcanie się w poczuciu winy, paradoksalnie nie dodaje mi energii ani zapału do działania czy wprowadzania zmian, ani nie wspiera mnie w budowaniu ciepłych relacji z córką i z mężem. Natomiast próby, nie ukrywam, że początkowo nieporadne i kanciaste, robienia małych kroków z miejsca, w którym odpowiedziałam sobie wcześniej na pytanie „ok, to co jest dla mnie teraz ważne i jak mogę o to zadbać?„, przynosiły nieoczekiwanie więcej spokoju, energii, jasności, kontaktu w relacjach z bliskimi. A jeszcze lepszym, w sensie uwalniającym, pytaniem, okazało się dla mnie to, które brzmiało: „Co możesz teraz odpuścić?„

Dla mnie, osoby w wiecznym pędzie, podkręcanym złością i przekonaniem, że tyle jestem warta, ile się napracuję, to pytanie było dosłownie uziemiające. Sprawiło, że zatrzymałam się w tym szaleńczym biegu donikąd i zaczęłam, na początku niechętnie i z niedowierzaniem, a potem z coraz większą ulgą w ciele, wykreślać kolejne „niezbędne” pozycje z kalendarze i kolejne rodzicielskie czy małżeńskie oczekiwania z mojej głowy. Od razu zaznaczę, że to był i nadal jest dla mnie proces rozłożony w czasie, przypominający bardziej sinusoidę z głębokimi dołkami, ale i całkiem zacnymi górkami, niż wykres z wciąż wznoszącą się linią. Ta wizja z wykresem i wznosząca się linią utrwala nas w przekonaniu, że jeśli jeszcze trochę bardziej się postaramy, jeszcze tylko troszkę mocniej zaciśniemy zęby i zepniemy pośladki, to znajdziemy się na jej szczycie, dogonimy swój ideał. Tyle tylko, ze ta idealna wizja, choć kusi, woła do siebie i mocno okupuje nasze myśli, ma ten jeden feler, że trudno ją zrealizować w codziennym życiu, które idealne nie jest. Tak samo jak nie ma idealnych rodziców, dzieci, mężów ani żon, są za to ludzie z krwi i kości, którzy są niedoskonali i próbują ogarniać z mniejszym lub większym powodzeniem to nieidealne życie. I wbrew pozorom to nie to nieidealne życie jest trudne w obsłudze, tylko zaakceptowanie tego, że idealna wizja to ułuda.

Patrycja Juszkat: Bywa, że pod naporem piętrzących się trudności coraz bardziej oddalamy się od siebie. Słowa wypowiadane w kłótni ranią dotkliwiej, a ciche dni zdarzają się coraz częściej. Pojawia się decyzja o rozstaniu. Jak opłakać tę stratę i przeżyć żałobę?

Katarzyna KalinowskaKatarzyna Kalinowska

Decyzja o rozstaniu i rozstanie samo w sobie są jednymi z najbardziej stresujących sytuacji, jakich możemy doświadczyć w życiu. Metaforycznie patrząc wygląda to trochę tak, że zamykamy za sobą pewne drzwi, kolejne są przed nami jeszcze zamknięte, często przeżywając żałobę po związku nie jesteśmy w stanie w ogóle ich zobaczyć, a sami stoimy pośrodku zimnego i ciemnego korytarza zastanawiając się co dalej robić.

I to jest wyzwanie, by stojąc na tym korytarzu, w swojej bezradności, frustracji, żalu, niezgodzie, rozpaczy, smutku dać sobie czas na przytulenie tych wszystkich emocji, pobycie z nimi, posłuchanie tego, co nam mają do powiedzenia. To jest wręcz akt odwagi w tej sytuacji, by nie pójść z automatu w działanie, by zagłuszyć te nieprzyjemne emocje, w obawie, że nas zaleją i już nigdy się nie podniesiemy spod ich ciężaru. I oczywiście, to jest często życiowo trudne, by sobie ten czas dać, zwłaszcza kiedy w tle, a nawet na pierwszym planie jest troska o dobro dzieci w tej sytuacji i obawa o to jak ułożyć sobie przyszłość, by one nie oberwały rykoszetem. Tylko mam poczucie, że zminimalizujemy to ryzyko właśnie wtedy, kiedy zamiast na oślep podejmować działanie, często bez sprawdzenia czy to jest w ogóle coś, co jest teraz potrzebne, zatrzymamy się i sprawdzimy sami ze sobą, w co tu i teraz, w tym wrażliwym i kruchym momencie, chcemy się zaangażować, a co możemy odpuścić. I bywa, że danie sobie pozwolenia na opłakanie, uznanie wszystkich swoich emocji towarzyszących rozstaniu, jest tym, czego potrzebujemy najbardziej i co pozwala bez produkowania dodatkowego bólu zaadaptować się do nowej rzeczywistości.

Katarzyna Kalinowska

Decyzja o rozstaniu i rozstanie samo w sobie są jednymi z najbardziej stresujących sytuacji, jakich możemy doświadczyć w życiu. Metaforycznie patrząc wygląda to trochę tak, że zamykamy za sobą pewne drzwi, kolejne są przed nami jeszcze zamknięte, często przeżywając żałobę po związku nie jesteśmy w stanie w ogóle ich zobaczyć, a sami stoimy pośrodku zimnego i ciemnego korytarza zastanawiając się co dalej robić.

Katarzyna Kalinowska

Patrycja Juszkat: Pojawia się nowy związek, nowe nadzieje. A wraz z nimi moje dzieci, dzieci partnera. Być może nasze wspólne. I tak jak w poprzednim związku, wizja zbudowania kochającej, wspierającej rodziny napotykała trudności, tak w tym wyzwania pojawiają się na każdym kroku. Poczucie odrzucenia, które może pojawić się w różnych konfiguracjach, odmienne wizje rodzicielstwa, być może zazdrość. Jak nie stracić w tym samej siebie?

Katarzyna KalinowskaKatarzyna Kalinowska

Odpowiedź na to pytanie łączy mi się z tym, co powiedziałam wcześniej o daniu sobie czasu po rozstaniu z poprzednim partnerem, na opłakanie tego procesu, na sprawdzenie ze sobą co jest dla mnie ważne, w co chce się angażować, a co mogę odpuścić, zaakceptować takie jakie jest. To jest krok, który pozwala z większą świadomością siebie, swoich emocji, potrzeb, granic, wartości wejść w nowy związek i budować go z większą uważnością. To oczywiście nie uchroni nas przed nieuniknionymi tarciami, o których wspominałaś, a które swoją drogą też są potrzebne i są jednym ze źródeł ciepła w rodzinie, pod warunkiem, że skupione są wokół dialogu i prób porozumienia się, jak to pisał Jesper Juul. Jednak myśl o tym, że jestem w takim samym stopniu odpowiedzialna za jakość relacji z partnerem, jak on jest odpowiedzialny za jakość relacji ze mną, pozwala mi podjąć decyzje czy w trudnych momentach chcę skupić się na pracy nad sobą, swoimi emocjami, przekonaniami czy wolę kierować swoje wysiłki na zmienianie partnera, czy chce szukać i robić więcej tych rzeczy, które tej relacji służą czy wolę szukać winnego.

Wracanie za każdym razem do kontaktu ze swoimi potrzebami i wartościami jest dla mnie tym kompasem, który chroni mnie przed straceniem z oczu samej siebie i tej relacji, którą mam z partnerem czy z dziećmi. Po prostu im bliżej jestem siebie, tym bliżej jest mi do nich.

Patrycja Juszkat: Za czym w głębi serca tęsknimy?

Katarzyna KalinowskaKatarzyna Kalinowska

Często zadaję sobie to pytanie i w zależności od tego, w jakim momencie swojego życia jestem, to wydaje mi się, że tęsknimy za różnymi rzeczami. Dla przykładu, gdy brak mi energii i cierpliwości, to pojawia się we mnie tęsknota za tak niedocenianą, zwłaszcza wśród kobiet potrzebą łatwości, większej współpracy, za byciem częścią wspierającej się społeczności. Jednak, kiedy zagłębiam się w to pytanie i dopuszczę odpowiedzi, które przychodzą nie tylko z poziomu głowy, ale całego ciała, a serca i brzucha zwłaszcza, to pojawia się tęsknota za bezwarunkową akceptacją. Myślę sobie, że ta bezwarunkowa akceptacja jest matką wszystkich naszych potrzeb związanych z tym jak widzimy siebie i relacje z innymi ludźmi, a kiedy tej matki brakuje, to co i rusz odzywają się w nas różne tęsknoty, niezaspokojone potrzeby.

Brak nam zaufania do tego, że swojej wartości nie potrzebujemy udowadniać, że jesteśmy wartościowi z racji tego, że po prostu istniejemy. Z kolei brak tego zaufania powoduje, że wciąż na oślep i często przekraczając siebie, krytykując i obwiniając, próbujemy udowodnić sobie i innym, że coś znaczymy, że się liczymy, że na coś zasługujemy, że jesteśmy w porządku. Nie zauważamy, że to udowadnianie swojej wartości jest ślepą uliczką, bo zawsze na tym naszym obrazku znajdzie się coś, co nie będzie pasować, co będzie można poprawić i udoskonalić, a w ogóle to koleżanka z pracy ma ładniejszy obrazek, a już takiego obrazu jaki ma teściowa, to nigdy nie będę miała. Poruszanie się w tej ślepej uliczce donikąd nie prowadzi, a generuje mnóstwo napięcia, poczucia winy i bezradności.

Dlatego tak ważna jest akceptacja siebie i uznanie, że nasza wartość nie jest czymś, co podlega dyskusji. I chcę, żeby tutaj jasno wybrzmiało, że akceptowanie siebie i zaufanie, że jestem ok, nie oznacza, że teraz siadam, macham na wszystko i wszystkich ręką i pławię się w samozachwycie nad sobą, bo to jest częsta obawa jaka się pojawia w tym temacie.

Akceptowanie siebie to jest uznanie, że robię najlepiej jak potrafię na ten moment, w którym jestem i przy tych zasobach i wiedzy jaką mam. Podejmowanie działań z takiego miejsca pozwala wbrew pozorom brać odpowiedzialność za konsekwencje tych działań i to w dużo efektywniejszy sposób niż gdybyśmy robili to z miejsca obwiniania i krytykowania siebie.

Katarzyna Kalinowska

Myśl o tym, że jestem w takim samym stopniu odpowiedzialna za jakość relacji z partnerem, jak on jest odpowiedzialny za jakość relacji ze mną, pozwala mi podjąć decyzje czy w trudnych momentach chcę skupić się na pracy nad sobą, swoimi emocjami, przekonaniami czy wolę kierować swoje wysiłki na zmienianie partnera, czy chce szukać i robić więcej tych rzeczy, które tej relacji służą czy wolę szukać winnego.

Katarzyna Kalinowska

Patrycja Juszkat: Jaką życiową lekcją mogłabyś podzielić się z Czytelniczkami?

Katarzyna KalinowskaKatarzyna Kalinowska

Jest taka jedna lekcja, którą pamiętam szczególnie mocno, bo pomogła mi nie tylko ustawić priorytety w moim życiu, ale stała się też moim wewnętrznym kompasem, który wskazuje właściwą drogę, kiedy rozpędzę się na autostradzie bycia wiecznie zajętą i w niedoczasie lub zapętlę się na rondzie wątpliwości i poczucia winy.

To było ponad rok temu na jednym z warsztatów Asi Chmury, kiedy w jednym z ćwiczeń miałam wyobrazić sobie siebie za dziesięć lat i zobaczyć jak w tej przyszłości wygląda moje życie. Pamiętam, że padło pytanie o to, czy ta osoba, którą jesteśmy w przyszłości, chce nam może coś dać na drogę powrotną, by przypominało nam o tej wizycie. I ja dostałam taki prezent… dostałam zdjęcie oprawione w piękną ramkę, z którego uśmiechali się do mnie moi starsi o dziesięć lat mąż i córka.

Na tym zdjęciu nie było mnie samej i uświadomienie sobie tego faktu było bolesne niczym cios w splot słoneczny. To był moment, gdy poczułam, że rodzina jest w moim życiu wartością deklarowaną, ale nie realizowaną w pełni, na co dzień. Miałam męża i dziecko i jednocześnie nie miałam czasu, energii ani cierpliwości, by spędzać z nimi czas, łapać momenty do uwiecznienia na fotografii, bo większość mojego czasu pochłaniała praca.

Długi i bolesny był dla mnie proces uświadamiania sobie tego, że praca w łatwy i szybki sposób zaspokaja mi potrzeby uznania, współpracy, łatwości, wpływu, bycia braną pod uwagę, o które w rodzinie muszę bardziej zabiegać i nie zawsze zostają one zaspokojone. Potrzebowałam sporo czasu i kilku spektakularnych potknięć po drodze, by znaleźć dla siebie miejsce, w którym czuję, że pomiędzy życiem rodzinnym, a zawodowym panuje większa równowaga.

Ważne jest dla mnie, że ta równowaga nie jest czymś stałym, że jej szukanie to dynamiczny proces i przypomina bardziej surfowanie po falach codzienności niż trzymanie się sztywnego podziału zadań. Bywają niespieszne dni wypełnione uważnością i czułością dla każdego z członków rodziny i bywają też takie dni, kiedy zaginam czasoprzestrzeń i pojemność mojego kalendarza. Tym, co się zmieniło od czasu ćwiczenia ze zdjęciem, jest większa świadomość dotycząca tego, z czego wynikają moje codzienne decyzje i wybory. Sprawdzam czy to, co wybieram, na co się decyduję zbliża mnie czy oddala od moich wartości. Dzięki temu mogę z większą jasnością brać odpowiedzialność za konsekwencje swoich decyzji zamiast zrzucać winę na innych czy czuć się bezradną marionetką rzucaną przez fale. A to z kolei daje mi poczucie mocy i wolności, do którego tyle lat tęskniłam.

Patrycja Juszkat: Czego mogłybyśmy życzyć kobietom, które przechodzą obecnie przez różnego rodzaju życiowe sztormy?

Katarzyna KalinowskaKatarzyna Kalinowska

W momencie, kiedy naszą życiową łódką targają groźne, spienione fale, zalewające raz po raz pokład, a niebo przecinają kolejne błyskawice, trudno jest jednocześnie stać za sterem, nawigować, naciągać liny trzymające maszt i wylewać wodę z łodzi. Taki multitasking przynosi czasem więcej chaosu i napięcia niż sztorm. Dlatego najbardziej chciałabym życzyć nam wszystkim, abyśmy w takich sytuacjach mieli wokół siebie wioskę wsparcia- życzliwych ludzi, którzy wesprą nas w przejściu przez ten życiowy sztorm.

Sama długo nie dostrzegałam wartości w byciu częścią wspólnoty, bo byłam mistrzynią w ogarnianiu wszystkiego samodzielnie i z zaciśniętymi zębami. Jednak życie pokazało mi, że korzystanie ze wsparcia oferowanego przez innych, a nawet proszenie o to wsparcie, co wcześniej było dla mnie nie do pomyślenia, wcale nie jest oznaką słabości i tego, że sobie nie radzę. Na własnej skórze poczułam, że potrzebna jest równowaga pomiędzy niezależnością a współzależnością, przed która tak się broniłam, a dzięki której mam więcej spokoju i lekkości. I to jest dla mnie oznaka czułości dla siebie i odwagi, by poświęcić czas na szukanie tej równowagi.

A skoro jesteśmy przy czułości i odwadze, to są to dla mnie kolejne wartości, którymi gdybym tylko mogła, to obdarowałabym nas wszystkich. Czułość dla swoich niedoskonałości i błędów, odwaga stanięcia po stronie swoich wartości i powiedzenia „nie, dziękuję, to mnie nie wspiera” kolejnym propozycjom, którym częstuje nas pędzący świat, to są takie prezenty, które sama mogłabym dostawać na każde święta.

Patrycja Juszkat: Dziękuję za wartościową rozmowę.

Jeśli chcesz porozmawiać o tym, co jest dla Ciebie ważne, możesz umówić się na spotkanie online.

Umów spotkanie

← Wszystkie wywiady i artykuły